poniedziałek, 12 listopada 2007
Czy u nas to możliwe?
Dziś w Gazecie" zastanawiam się czy dałoby się wprowadzić niektóre proste rozwiązania z Paderborn w Olsztynie. Zachęcam do dyskusji, piszcie, co chcielibyście zobaczyć u nas, a czego się wystrzegać. Czy u nas to możliwe i czy tego chcemy? Pętla dla motocyklisty. W Olsztynie rzeczą nie do przeskoczenia jest wyregulowanie pętli indukcyjnych na skrzyżowaniach tak, by „wyczuwały” i reagowały na motocyklistę, nie mówiąc już o rowerzyście. U nas nawet ważąca 250 kg maszyna nie może uruchomić zielonego światła. Motocyklista musi czekać aż nadjedzie samochód i zmieni światło na zielone. Najgorzej jest w nocy, dlatego wielu motocyklistów jeździ na czerwonym. W Paderborn też są skrzyżowania z pętlami indukcyjnymi, a urządzenia reagują nawet na lekkie skutery. To znaczy, że można, tylko u nas coś jest nie tak. Podglądanie wykopalisk. Archeolodzy, którzy pracują w Paderborn nie ukrywają swojej pracy za szczelnym murem z blachy czy drewna. Przeciwnie, chwalą się tym czego szukają. Zostawiają okna dla mieszkańców, przez które mogą zajrzeć do środka i zobaczyć co się tam dzieje, a na ogrodzeniach umieszczają informacje, kto i czego szuka. Widziałam nawet wykopaliska, które w ogóle nie były zasłonięte, tylko odgrodzone płotem. Pięć śmietników w jednym domu. To nie żart. Niemcy w Paderborn mają ich tak dużo nie dlatego, że produkują więcej śmieci, ale dlatego, że wszystkie skrzętnie segregują. Oddzielnie papier, szkło, produkty z plastiku, folii i to czego nie da się przerobić. Jest nawet kontener na dziecięce pieluchy. Potem trzeba jeszcze pilnować grafiku, kiedy które kontenery są wywożone. Co ciekawe, szkło można wrzucać do pojemników na zewnątrz, ale tylko w określonych godzinach - z przerwą na sjestę między godz. 13-15. - Przecież to normalne - mówili mi tłumacząc, że wtedy wiele osób lubi odpocząć. Autobus z pilotem. Najpierw zastanawiałam się, dlaczego autobusy w Paderborn rzadko się spóźniają. Bo mają zawsze zielone światło na najważniejszych skrzyżowaniach, a kierowcy włączają je sobie za pomocą pilota. To wygodne rozwiązanie dla pasażerów tamtejszego MPK, ale uciążliwe dla innych kierowców i pieszych. W Paderborn autobusy mają jeszcze jeden przywilej - w przeciwieństwie do samochodów wjeżdżają na Starówkę i mają tam przystanki. Huśtawki na chodnikach. Zakupy czy droga do urzędu z dzieckiem nie muszą być dla malucha nudną udręką. W kilku miejscach widziałam, że na środku chodnika stoją pojedynczo lub po kilka małe fikuśne huśtawki. Nie potrzeba od razu dużego placu zabaw, choć w Paderborn takich też nie brakuje. Kierowca dla pasażera. Jadąc miejskim autobusem z dzielnicy na obrzeżach miasta do centrum Paderborn widziałam coś, czego zazdrościłam mieszkańcom. Najpierw kobieta - kierowca wysiadła z autobusu i pomogła inwalidzie na wózku wsiąść do środka. Założyła rękawiczki, obniżyła podjazd i dopilnowała, by niepełnosprawny wjechał do pojazdu. Autobus przez to miał kilkuminutowe spóźnienie. Dlatego jeden z pasażerów, który w centrum miał się przesiąść na inną linię poprosił kierowcę o zatrzymanie tamtego autobusu. Kobieta przez radio powiedziała kierowcy, żeby poczekał na chłopaka. I rzeczywiście autobus odjechał dopiero, gdy student wsiadł. Ruchome pomniki. Ten kto uważa, że pomnik musi być nieruchomy jest w błędzie. A żeby się ruszał nie musi go zasilać żadne źródło energii, wystarczy ludzka fantazja. W Paderborn widziałam metalowe pomniki-figurki, które miały ruchome elementy. Znudzony przechodzień może pokręcić głową pomnikowego chłopca, jego rękoma i nogami, przestawić stojące obok niego kozy czy inne zwierzaki. Rzecz prosta, a zabawna. Panorama także dla niewidomych. Niemcy dbają o niepełnosprawnych nie tylko w ten sposób, że nie piętrzą przed nimi schodów czy krawężników i budują podjazdy. W centrum miasta stoi makieta tamtejszej starówki z najważniejszymi budynkami w Paderborn. Jest ciekawostką dla turystów, ale została zaprojektowana także z myślą o niewidomych. Każdego budynku można dotknąć, a zabytki są podpisane alfabetem Braille'a. Ogródek działkowy to nie folwark. W Olsztynie mamy ich mnóstwo. Z góry wyglądają jak osiedla slumsów. Właściciele stawiają gołębniki, kurniki, niektórzy w nich mieszkają, inni gromadzą rupiecie. W Paderborn właściciel działki musi dostosować się do ścisłych norm - ogrodzenie ma najwyżej metr wysokości, drzewa do 2,5 m, są wyznaczone proporcje w uprawie warzyw i trawnikach. Muszą w nich sprzątać, kosić trawę, a jeśli je zapuszczą, sąsiedzi mogą się na nich poskarżyć straży miejskiej. I robią to. Uchwyt dla rowerzysty, który musi czekać na światłach. To bardzo prosta rzecz, która skutecznie ułatwia życie rowerzystom. W dodatku może na siebie zarobić małą reklamą. Uchwyt jest poręczny i estetyczny. Dzięki niemu nie trzeba zsiadać z siodełka ani podpierać się nogami czekając na zielone światło na skrzyżowaniu. Widziałam go na wielu skrzyżowaniach w Paderborn. A u nas brakuje nawet oznakowanych przejazdów przez ulicę i cykliści muszą schodzić z rowerów i przeprowadzać je przez przejście dla pieszych. To tylko kilka przykładów z Paderborn. Pomysłów, by ułatwić życie mieszkańcom mam znacznie więcej. Przez kilkanaście dni będzie czas, by podpowiedzieć, co warto zmienić w Olsztynie.
niedziela, 11 listopada 2007
Święto Niepodległości nie tylko w Polsce
Jak byłam w Paderborn spotkałam się z Polkami, które przyjechały tam do pracy jako au pair. Akurat miały próbę przed występem z okazji Święta Niepodległości. Ćwiczyły w domu Heidi Wernerus Neumann, szefowej Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Niemieckiej Paderborn-Przemyśl. Heidi próbowała razem z nimi śpiewać „Sokoły" i „Przybyli ułani pod okienko", zachęcała do odważniejszego i żywszego śpiewu. - Świętujemy z Polakami odzyskanie przez Polskę niepodległości, bo to bardzo ważny dzień dla Polski - opowiadała mi Heidi. - Nasze towarzystwo to nie tylko oficjalna współpraca, ale przyjaźń na co dzień - tłumaczyła. Plan był taki, że 11 listopada Polacy i Niemcy zrzeszeni w Towarzystwie i zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, spotkają się w restauracji na wspólnym obiedzie. Zapowiadano krótkie przemówienia i wspólne śpiewanie - dlatego dziewczyny wcześniej ćwiczyły. Na obiad szykowano gęś z kluskami i czerwoną kapustą i do tego tradycyjna polska wódka. Nie wiem jak spotkanie się udało, bo od dwóch tygodni jestem w Olsztynie, ale wiem, że sporo osób się na nie wybierało. Wśród Polaków pojawiają się głosy, że polonia w Paderborn nie spotyka się ze sobą, najwyżej przy polskim kościele. Ale niektórzy korzystają ze współpracy polsko-niemieckiej i chętnie widują się z innymi Polakami i Niemcami. Spotkania mają w każdy drugi piątek miesiąca w restauracji. To czas na plotki, rozmowy o bliższych i dalszych planach i poznawanie się. Razem obchodzą też ważne święta i oglądają mecze z udziałem polskiej kadry narodowej. A od jutra w „Gazecie" rusza akcja Mój Kawałek Europy i opisy tego, co podpatrzyłam w Paderborn. Zachęcam do lektury, komentarzy i ocen. Napiszcie czy u nas to możliwe, by mieszkańcy segregowali śmieci, jeździli po ścieżkach rowerowych, dzieci miały gdzie się bawić, a prace archeologów i nowe budowy nie były ukryte za koszmarnym blaszanym płotem. Czekam na Państwa o opinie. Które pomysły wykorzystać w Olsztynie? Jakie inne pomysły, podejrzane w czasie Państwa europejskich wycieczek warto przenieść do Olsztyna? Dyskusja na internetowym forum www.olsztyn.gazeta.pl maile: ewa.jarzebowska@olsztyn.agora.pl blog: paderbornewa.blox.pl listy: Ewa Jarzębowska, Gazeta Wyborcza ul Kołłątaja 21, 10-034 Olsztyn tel. 089 527 38 00
czwartek, 08 listopada 2007
"Miś" w sądzie
Nie odzywałam się przez kilka dni, bo miałam sporo pracy – jak mówi moja koleżanka – nawet nie ma kiedy taczki załadować... W tym tygodniu byłam na sprawie Kingi Salmanowicz. Olsztynianie pewnie wiedzą, że to rowerzystka, która miała wypadek, zderzyła się z samochodem skręcającym w Sucharskiego - na przejściu. Dziewczyna jechała po chodniku wzdłuż ul. Sikorskiego (po stronie Reala), bo na ulicy jest znak zakazu jazdy dla rowerów. Ścieżka wprawdzie jest z drugiej strony jezdni, ale wtedy nie było wyraźnych oznaczeń, że rowerzysta powinien jechać slalomem i przejechać na drugą stronę. Zresztą stan tej ścieżki jest żałosny, to garbaty chodnik, tyle, że kiedyś namalowano na nim znak drogi rowerowej. Ale wracam do sprawy. Policja oskarżyła Kingę o spowodowanie wypadku, w którym ucierpiała ona sama. Dziewczyna broni się, że nie było znaku o końcu ścieżki po tej stronie ulicy. Z kolei o potrzebie oznaczenia tego odcinka, jako drogi rowerowej olsztyńscy rowerzyści mówili od kilku lat, bo chyba wszyscy cykliści wybierali właśnie tę „zakazaną” stronę, tyle. Policjant, który oskarżał Kingę w mowie końcowej przekonywał: „Poruszała się po drodze nie przeznaczonej dla rowerów [...] A jeśli nawet mogłaby tam jechać, to nie powinna pędzić z prędkością 25 km/godz. Bo gdyby wyszedł pieszy, a nie wyjechał pojazd...” Przypomina Wam to coś? Bo ja już w sądzie śmiałam się do siebie na myśl o scenie z „Misia” - Wczoraj jechałem tędy, tych domów jeszcze nie było. - Tak mówicie? A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był. To wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka! - Jak ja mogę przejechać matkę na szosie, jak moja matka siedzi z tyłu? - Halo, tu Brzoza, tu Brzoza! Źle cię słyszę! Powtarzam, powiedział, że matka siedzi z tyłu... Matka siedzi z tyłu! Tak powiedział! Żarty, żartami, ale po wypadku Kingi znalazły się pieniądze i ścieżkę w końcu oznakowano. Rowerzystka śmieje się, że to powinna być ścieżka jej imienia. Coś w tym jest. Tyle, że Polak znowu mądry po szkodzie. Chyba nie muszę pisać, że w Paderborn to nie do pomyślenia . A ja dopiero w sądzie zdałam sobie sprawę z tego, że codziennie jeździłam do pracy po odcinku, gdzie powinnam prowadzić rower, bo nie ma żadnych znaków o drodze dla rowerów. Chodzi mi o kilkaset metrów między ulicą Dywizjonu 303, gdzie kończy się ścieżka, a ul. Obrońców Tobruku, gdzie zaczyna się kolejna. Ulicą jechać też nie mogę, bo na Sikorskiego zakaz. Na szczęście już chłodna jesień i do pracy chodzę pieszo. Wyrok w sprawie Kingi w poniedziałek.
niedziela, 04 listopada 2007
Dygresje o tu i tam...
Kurka wodna W piątek rozmawiałam z Ewą Rumińską z fundacji Pierwiosnek. Opowiadała mi o ptasim ambulansie, który właśnie wyremontowali. Co to jest możecie przeczytać na stronie "Gazety"(www.olsztyn.gazeta.pl). Mnie przypomniał się cykl tekstów o kurce wodnej. Broniliśmy ptaka, który jest pod ochroną, w Olsztynie gniazdował nad dzikim stawkiem koło Uranii. Rok temu pracownicy OSiR zaczęli zasypywać ten staw, mieli plany zagospodarowania go. - Zagospodarowanie rozumieli jako ofaszynowanie , czyli wyrównanie brzegów i pozbawienie ich roślinności. Dostaliśmy wtedy kilka listów od czytelników, ekologów, pytaliśmy fachowców co należy robić. Zgodnie mówili: zostawić, a jeśli zmieniać to ostrożnie, nie wycinać wszystkiego. My mieliśmy jedną czy dwie pary kurek wodnych i broniliśmy ich jak się dało. Zresztą OSiR wstrzymał prace i poprosił o konsultacje przyrodników. W Paderborn w kilku parkach widziałam te ptaki i nie tylko spokojnie chodziły, ale wręcz pasły się. Nie jadły może z ręki jak łabędzie, ale też nie uciekały od ludzi. Tam zagospodarowanie brzegów nie równa się z przystrzyżeniem trawy i wszystkich roślin pod linijkę (wbrew stereotypom o niemieckim porządku). Owszem zdarzają się nawet wybetonowane brzegi, gdzie spacerują mieszkańcy, ale wtedy z drugiej strony zostawia się brzeg zarośnięty chaszczami. Za to nigdzie nie walają się śmiecie, stare lodówki czy kalosze... Starcy równi młodym Właśnie ukazała się książka Mariusza Sieniewicza „Rebelia". Opisuje w niej zorganizowaną grupę starców, którzy mają dość spychania ich na margines życia społecznego przez młodych. Emeryci postanawiają walczyć z wszechobecnym kultem młodości. W Niemczech ta hierarchia już się zmieniła. Tam starzy ludzie są równie obecni jak młodzi. Nikogo nie dziwi sklep z aparatami słuchowymi w samym centrum miasta. Są tam aparaty, które mają nie tylko działać, ale i wyglądać jak biżuteria. Starsi ludzie są aktywni: trenują taniec, biegają, uprawiają nordic walking, pływają.... Chodzą po mieście, jedzą w knajpkach, spacerują, a wieczorami nie są skazani na siedzenie przed telewizorem czy z uchem przy radiu, ale mają się gdzie podziać. A przedsiębiorczy widzą w nich niezłą klientelę. Dlatego na dyskotece znajdziemy sale dla nastolatków, ludzi po 30-stce i trzecią kategorię, seniorów, ta sala też nie jest pusta.
środa, 31 października 2007
Dresiarze na ulicach
We wtorek zobaczyłam mężczyznę w dresie, który biegł po chodniku wzdłuż ulicy Dworcowej. Była godz. 21, a na dworze zupełnie ciemno. W pierwszej chwili myślałam, że ma na sobie pidżamę i nie założył butów. – Ucieka ze szpitala - przyszło mi do głowy. Ale za chwilę dostrzegłam adidasy. Zastanawiał mnie jeszcze jego krótki rękaw i nie mogłam zrozumieć dlaczego facet biegnie przy jednej z bardziej ruchliwych ulic. Moje zdumienie było jeszcze większe, gdy na skrzyżowaniu naprzeciwko biegacza dostrzegłam drugiego, też biegnącego w dresach mężczyznę. Minęli się nos w nos, niemal się zderzyli, ale nie odezwali do siebie ani słowem. Zaczęłam się śmiać, bo sytuacja wydała mi się groteskowa. To już nie ma lepszych miejsc do biegania niż ulica Dworcowa czy Pstrowskiego? Po chwili zastanowienia i wertowania w głowie mapy Olsztyna odpowiedziałam – W okolicy nie ma. Oczywiście można biegać nad Skandą, ale tam jest za ciemno, a w parku przy ul. Metalowej nie ma gdzie, bo jest jedna dróżka, w dodatku kręcą się tam różne mniej interesujące persony. Przypomniałam sobie Fischteiche, miejsce gdzie w Paderborn od rana do nocy ludzie biegają, trenują nordic walking, jeżdżą na rowerach, ćwiczą. Ścieżek jest mnóstwo, są oświetlone i oznakowane. A przy wejściu do parku czekają parkingi, na tych którzy dojeżdżają samochodami. PS. Do Mirosława w sprawie slumsów Twój wpis wskazuje na to, że nie jesteś z Olsztyna. Wyjaśniam więc Twoje wątpliwości. Wspomniałam o dzielnicy, o której mieszkańcy Paderborn mówią slumsy, określają ją jako nieciekawą i niebezpieczną (słyszałam to od kilku niezależnych od siebie osób, pochodzących z innych środowisk; to że domy są tam tańsze też o czymś świadczy). Ale pisząc o domach przy ulicy Auf Der Lieth porównałam je do olsztyńskich Brzezin i osiedla Mleczna – to dwie bardzo dobre dzielnice i Olsztyn nie musi się ich wstydzić, w niczym nie przypominają niczego, co może kojarzyć się ze slumsami. Natomiast nie chcę się spierać o to czy domy tam są ładne czy nie – to kwestia gustu, a o tym się nie dyskutuje. Moim zdaniem w Paderborn jest co najmniej kilka ładniejszych zakątków. Mnie Paderborn też się podoba, a szczegółowe relacje w „Gazecie” od 12 listopada. Pozdrawiam.
poniedziałek, 29 października 2007
Wróciłam, ale to nie koniec
Wróciłam do Olsztyna. Przetrwałam 17-godzinną podróż ciasnym autobusem, w którym zajęte były wszystkie miejsca. W drodze kilka razy wyrzucałam sobie, że przecież mogłam lecieć samolotem, a nie zdecydowałam się na to tylko dlatego, że nie chciało mi się przesiadać i nocować w Warszawie. Niestety samolot do Paderborn wylatuje ze stolicy o godz. 6 rano, ale żeby na niego zdążyć trzeba wyjechać do Warszawy dzień wcześniej i tam nocować. A jak nie zdecydowałam się na przelot w jedną stronę to i przetrwałam jazdę autobusem z powrotem. Ale celowo używam słowa przetrwałam, bo o ile jadąc do Niemiec autokar był OK, to z powrotem już niekoniecznie. Siedzenia się nie rozkładały albo nie podnosiły, podobnie oparcia na ręce... Ale już jestem w domu i w moim mieście. Z radością szłam do pracy bez czapki i patrzyłam w niebo bez deszczowych chmur. Znajomi pytali mnie co kupiłam sobie w Paderborn, czy przywiozłam jakieś słodycze. No cóż. Kupiłam tam rękawiczki, bo były mi potrzebne i strój kąpielowy – bo tam po sezonie przeceniają zeszłoroczne modele, a nie chowają na przyszły rok. Wybór słodyczy jest rzeczywiście większy, ale wcale nie są tańsze. Za to od moich gospodarzy na pożegnanie dostałam butelkę dobrego niemieckiego wina i kubek z paderborneńskimi zającami. Ja znajomym przywiozłam miejscowy przysmak do picia, mieszankę herbat Paderborner Libori Juwel. Choć wróciłam do Olsztyna, to nie koniec mojego zadania. Na blogu ciągle będę dzieliła się z Wami ciekawostkami z Paderborn. Do 12 listopada do Polski wrócą też dziennikarze z innych oddziałów "Gazety", którzy wyjechali do 21 europejskich miast. Wtedy wszyscy zaczniemy opisy i porównania naszych miast na łamach "Wyborczej". Proszę o ciepliwość i zapraszam do lektury.
sobota, 27 października 2007
Zdążyłam na zające
Żegnam się z Paderborn i wyjeżdżam do Olsztyna. Pełna wrażeń, ale i zmęczona nieustannym chodzeniem po mieście i podpatrywaniem. Ostatniego dnia obchodząc miasto na pożegnanie kolejny raz zajrzałam na dziedziniec w katedrze i udało się. Zdążyłam Od pierwszego dnia pobytu w Paderborn regularnie tu przychodziłam, żeby zobaczyć najważniejszy symbol Paderborn, uwieczniany na większości pamiątek od kubków, przez obrazki po dzwonki rowerowe i nie mogłam go zobaczyć. Do dziś był zasłonięty rusztowaniami i tuż przed moim wyjazdem sprzątnięto je. A znakiem, który nieodłącznie należy kojarzyć z Paderborn jest obrazek trzech hasających zajęcy, który znajduje się w jednym z okien katedry. To nie są jednak zwykłe zające. Symbolizują jedność Trójcy Świętej, a dlaczego odpowiedź znajdziecie w uszach. 
Obok zajęcy drugi symbol tego miasta to paw. Najdostojniejszy z ptaków związany jest z postacią świętego Liboriusza, patrona miasta. Paderborn potrzebowało kultu świętego, by umacniać chrześcijaństwo, ale swojego nie miało. Więc w IX wieku mieszkańcy i kler zwrócili się do jednego z francuskich miast o przekazanie im relikwii świętego Liboriusza. On podobno pochodził z okolic Paderborn. Francuzi byli hojni i przekazali relikwie. Legenda głosi, że w czasie uroczystej procesji przeniesienia ciała świętego, na jej czele cały czas szedł paw. W momencie, gdy relikwie dotarły do Paderborn ptak zdechł. Nie wiadomo dlaczego.  Dziś opuszczam to miasto, ale nie przestaję o nim pisać. Mam w zanadrzu sporo ciekawostek i obserwacji, którymi będę się stopniowo dzielić. Skorzystałam też z rady Petera Mulara i obejrzałam Fischteiche, taki park-las, gdzie mieszkańcy ćwiczą i odpoczywają. Zobaczyłam tam co najmniej kilka prostych pomysłów dla naszego lasu miejskiego. Opiszę to, gdy będę w Olsztynie. Teraz zaczynam długą podróż powrotną.
Ciemna strona miasta
To był mój drugi piątek w Paderborn i znowu zalatany. Tym razem nie tylko o barwnym i pozytywnym wizerunku miasta. Chciałam zobaczyć dzielnicę Goldgrund, o której mieszkańcy mówią, że to slumsy. Byłam ciekawa jak coś takiego wygląda w Niemczech. Moi rozmówcy ostrzegali mnie, że lepiej nie kręcić się tam w nocy, więc pojechałam w dzień i przez jakiś czas chodziłam po osiedlu. Na początku myślałam, że zabłądziłam. Nie było żadnych slumsów ani watahy zbuntowanej młodzieży tureckiej czy rosyjskiej, o której mi opowiadano. W oknach kilku domów były kartki, że są na sprzedaż lub do wynajęcia. Podobno mieszka tam najwięcej obcokrajowców, bo Niemcy unikają tego osiedla. Rzeczywiście dzielnica jest jakaś brzydsza w porównaniu z innymi, na ziemi czasem leżą śmiecie, ale wiele domów tam w niczym nie odbiega od naszych z Brzezin czy osiedla Mlecznego. Na zdjęciu najbrzydszy blok, jaki zobaczyłam przy Auf der Lieth, ulicy o złej renomie.  Paderborn nie przygotowuje się wprawdzie do Euro 2012, ale też buduje nowy stadion i to w tempie iście polskim. Budowę rozpoczęli dwa lata temu, ale stadion do tej pory nie powstał. Po prostu okoliczni mieszkańcy zaczęli protestować i domagać się pół miliona euro odszkodowania za hałas, który będzie na stadionie. Prace stanęły na kilkanaście miesięcy, a miasto nie może dogadać się klubem sportowym kto ma zapłacić to odszkodowanie. Mieszkańcy nie ustępują.
Wieczorem ruszyłam na drugą odsłonę poszukiwania szczęścia i trafiłam m.in. na Salsa Halloween Party. Impreza była w Kultur Werkstatt, czymś w rodzaju Miejskiego Domu Kultury. Ale nim znalazłam się w sali z gorącymi latynoskimi rytmami zaszłam do drugiej sali, gdzie bawili się długowłosi, ubrani na czarno miłośnicy znacznie cięższego brzmienia. Wyglądało to dość zabawnie, że ci którzy przyszli przebrani za upiory na salsę prawie nie różnili się od tych, którzy wyglądali tak jak zwykle i przyszli na metalowy koncert. Osoby przebrane miały po prostu podoczepiane jakieś pająki, szczękę wampira czy pomalowaną na czarno twarz. W Niemczech czuje się klimat nadchodzącego Halloween i Wszystkich Świętych. Tu mieszkańcy łączą tradycję chodzenia na groby i palenia zniczy z zabawą i przebieraniem się za straszydła. Rano idą na cmentarz, a wieczorem na bal przebierańców. Na ulicach od kilkunastu dni można kupić wiązanki przygotowane z myślą o pierwszym listopada, w sklepach wyeksponowano znicze (choć nie na taką skalę jak w Polsce), a jednocześnie jest dużo strasznych gadżetów, przebrania i ozdoby, którymi można dekorować mieszkania. W oknach i przed domami ludzie stawiają dynie, wieszają duchy i czarownice.
piątek, 26 października 2007
Pupa i gęba w szkole
W czwartek rano, gdy wstawałam, myślałam i mówiłam do siebie: Jak mi się nie chce iść do szkoły... Niczym Józio w „Ferdydurke” Gombrowicza jechałam do gimnazjum, by znowu być uczniem. Różnica jest taka, że nie prowadził mnie wujcio, ale wykonywałam jedno z zadań zleconych przez przełożonych. Musiałam wcielić się w rolę ucznia i poznać niemiecką szkołę średnią. Całe szczęście nie podstawówkę, bo mojej gry na flecie albo pisania po tablicy lewą ręką inni mogliby nie zdzierżyć... Wybrałam Gymnasium Schloss Neuhaus, to dosyć dobra szkoła, ale nie najlepsza w mieście. Za to stopniowo walczy o coraz lepszą opinię. Uczniowie mają od 11 do 19 lat, w sumie uczy się tam ponad 1300 osób. Choć nie trenują tam kolarstwa, budynek gimnazjum z każdej strony obstawiony jest rowerami. Starsi uczniowie przyjeżdżają też na skuterach. Moją koleżanką w szkole w Paderborn była Jennifer, uczennica klasy maturalnej. Na szczęście maturzyści mają mało zajęć, więc nie siedziałyśmy długo na lekcjach, ale z poczucia obowiązku obejrzałam też lekcję w najmłodszej klasie. W Schloss Neuhauss, podobnie jak w większości niemieckich szkół, uczniowie nie chodzą w mundurkach – to pomogło mi wmieszać się w tłum. Oczywiście uczniowie nie muszą zmieniać butów i noszą telefony komórkowe. Można wymienić jeszcze kilkanaście różnic (na to przyjdzie czas po powrocie), ale Gymnasium Schloss Neuhaus ma też sporo wspólnego z naszymi szkołami. Nauczyciele uczą podobnymi metodami. Zdarza im się krzyknąć, wypełniają dzienniki, rozdają karty pracy i przygotowują do zewnętrznej matury. Zaskoczyły mnie klasyczne zielone tablice i biała kreda w każdej pracowni. Nie ma białych tablic i mazaków. We wszystkich klasach są też projektory multimedialne. Więc jest tam nowoczesność i ciągle żywy relikt przeszłości. Narrator „Ferdydurke” trafił na uczniowski pojedynek na miny, ja przetrwałam ewakuację szkoły – ćwiczenie alarmu przeciwpożarowego, które odbywa się trzy razy w roku. Po powrocie zdradzę więcej ciekawostek z życia niemieckiego gimnazjum, opowiem o lekcji historii i dniu z życia maturzysty. Lekcji w stylu „Słowacki wielkim poetą był” nie było. W czwartek w końcu jechałam karuzelą na Herbst Libori i mogę pokazać jak wygląda Paderborn z góry. Lot ptaka to nie był, ale kilkadziesiąt metrów nad ziemią też można poczuć się lżejszym od powietrza.
czwartek, 25 października 2007
Widok na Paderborn
Jestem już ponad tydzień w Paderborn i właśnie uświadomiłam sobie, że nie miałam okazji, by opisać i pokazać miasto. W Paderborn jest spore centrum, które składa się z kilkunastu ulic, przy których stoją stare i nowe budynki. Jest mnóstwo sklepów - od małych galerii ze słodyczami, alkoholem, drobiazgami, przez salony z telefonami komórkowymi, sklepy obuwnicze, i butiki. Obecność centrum handlowego nie przeszkadza w egzystencji mniejszym sklepom. 
Znakomitą rzeczą, która sprawdza się w Paderborn są liczne piekarnie, które pełnią jednocześnie funkcje kawiarni. Na Starówce jest ich chyba kilkanaście. Można w nich zjeść śniadanie, wypić kawę, czy kakao i oczywiście kupić świeże pieczywo. Po południu ludzie przychodzą tu na ciastka. W centrum znajdziemy też liczne bary i restauracje, w których można zjeść obiad za ponad 100 euro, ale i za niecałe 10. Oczywiście standard lokalu i jakość posiłku są adekwatne do ceny. Paderborn jako jedno z najbardziej katolickich miast w Niemczech obfituje w kościoły. Na rynku Starego Miasta jest katedra, a naprzeciwko niej drugi kościół, kilkaset metrów dalej dwa kolejne. Tu naprawdę albo pada deszcz albo słychać dzwony... Miasto z myślą o turystach oznakowało szlaki i ulice, ale znalazłam też metalową makietę centrum z budynkami podpisanymi alfabetem braille’a.
Rzut gospodarczy Szukając odpowiedzi na jedno z zagadnień, które interesuje prezydenta Małkowskiego, chodzi o promocję gospodarczą – rozwiązania motywacyjne dla biznesu, umówiłam się z pracownikiem Technologiepark Paderborn. Niestety w ostatniej chwili odmówił i nie mógł się ze mną spotkać. Dlatego pojechałam sama obejrzeć siedzibę kilkudziesiąt firm z różnych dziedzin od informatyki przez budownictwo po kursy językowe i tłumaczenia. Wszystkie działają w jednym miejscu na preferencyjnych warunkach. Spodziewałam się tam bardzo nowoczesnej architektury i hal produkcyjnych, a zobaczyłam kilkanaście odrębnych budynków na wspólnym terenie. Park działa od 15 lat. Na początku, firmy dostały dotację z Unii Europejskiej, potem wspierało je już tylko miasto proponując m.in. grunt. Za to mieszkańcy Paderborn mają pracę i ściągają tu kolejni inwestorzy. W czwartek wizyta w szkole.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|